Media

Mireczki i mirabelki, To, że…

Mireczki i mirabelki,
To, że Nawałka, oraz piłkarzyki, spieprzyli mundial jest jasne jak słońce. Ale teraz wychodzi na to, że jeszcze bardziej od naszych skórokopaczy dali ciała przedstawiciele „dziennikarstwa”. To dla mnie niesamowite, że tak jak w mediach argentyńskich, kolumbijskich, po pierwszych meczach co rusz mówi(ło) się o jakichś problemach, konfliktach wewnątrz (np. bójka na treningu Argentyny, wszechwładny zięć Pekermana w kadrze Kolumbii), w polskich mediach… cisza. Jedynie coś tam pisał Stanowski (aczkolwiek jego informacje, np. te o Lewandowskim, trzeba filtrować zważywszy na powiązania towarzysko-biznesowe), a i tak najaktywniejszy był nijaki janekx89 (nawiasem mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby on też był jakoś powiązany ze Stano).

Generalnie jak się obserwuje aktywności dziennikarzy można odnieść wrażenie że oni potraktowali mundial jako zabawę jeszcze bardziej niż piłkarzyki, vide:
– Staszewski i Wołosik wrzucający fotkę z czapką żołnierzy Armii Czerwonej (co znaczy, że albo są kretynami, albo na ciągłej bani przez co nie potrafiący racjonalnie ocenić swych zachowań),
– Olkowicz co rusz wrzucający fotki ze swoich urodzin
a u konkurencji
– Wawrzynowski tradycyjnie napier…ający ze 100 twittów dziennie, niestety jego aktywność w dostarczaniu merytorycznych treści jest tutaj odwrotnie proporcjonalna (to nie dziwi),
– Kołodziejczyk którego bardziej chyba obchodzi wrzucenie fajnej foci z wschodu słońca w Tatarstanie niż zrobienie dobrego materiału na temat mundialu (inna sprawa, że między wierszami coś tam przemycał, szkoda tylko że tak mało i dopiero po klęsce z Kolumbią).

Dla mnie największym rozczarowaniem na tym mundialu jest Olkowicz – napisał kapitalne (nieautoryzowane) książki o Nawałce i Lewandowskim, ale chyba za bardzo się zbratał z piłkarzykami, przez co nie wypłynęło teraz nic ciekawego. Bo po takim Włodarczyku nie można się tego spodziewać, jaki z niego dziennikarz.

A nie chce mi się wierzyć w to, że przygotowania do turnieju upłynęły bez żadnych problemów, a atmosfera kadry (całości) jest sielankowa. Co dają do zrozumienia np. Glik i Pazdan.

W tym kontekście, śmieszne jest też to co mówi Rudzki, naczelny Przeglądu Sportowego (medium, w którym do niedawna nie padło pół złego słowa na kadrę, by wczoraj na okładce „Dziady” – IMO to dobry pomysł, ale zważywszy na poprzednią linię redakcyjną, nieco spóźniony) – z jednej strony udaje greka twierdząc, że „o niczym nie wiedział i wierzył w kadrę”, by chwilę później zauważyć iż „to co innego, jak jesteś anonimem na twitterze, a dziennikarzem w redakcji”. No wszystko fajnie, tylko że w innych krajach jakoś to nie przeszkadza odsłaniać kulisy funkcjonowania kadry.

Niestety, taki mamy ten światek dziennikarski. Z jednej strony, usłużne wobec PZPN media Axel Springera (Rudzki sam kiedyś wprost przyznał, że „lubi [bońkowy] PZPN i co mi zrobicie]), Weszło które samo w sobie jest niezłym rakiem; zauważcie, że Stanowski mocno promuje menago Kołakowskiego, który jest jednym z większych raków polskiej piłki (vide choćby dawna sprawa Wszołka), dodajmy do tego powiązania towarzysko-biznesowe z osobami z PZPN (np bukmacherka z Bońkiem).

Pewnie czytaliście tekst z Weszło domagający się odebrania Lewandowskiemu opaski kapitańskiej. Nie neguję tego, że nasz gwiazdor dał dupy (ogólnie, od tych czterech goli z Realem, w meczach o największą stawkę raczej zawodzi, o czymś to świadczy), ale to co tam jest to jakiś mało merytoryczny hejt, chyba pisany pod dyktando Kołakowskiego (przypominacie sobie może, jak Lewy swego czasu był na Weszło hejtowany? Ciekawe jaką rolę odegrało to, że jego menadżerem był Kucharski, „ulubieniec” Stanowskiego i zarazem konkurent Kołakowskiego – przypadek to gonił przypadek 🙂 ).

A jak z dziennikarstwem u konkurencji spod znaku Wirtualnej Polski? Może i nie ma takich patologii, ale za to są clickbaity robiące wodę ludziom z mózgu, zaś poważni redaktorzy raczej nie wysilają się zbytnio; pamiętacie jakiś przełomowy reportaż Wawrzynowskiego opublikowany w Wirtualnej Parówie, na wzór tego o Teodorczyku? Ubolewającego na jakość dziennikarstwa w Polsce, podczas gdy najbardziej gówniane tytuły wychodzą spod pióra pismaków jego portalu? Pozazdrościć samopoczucia… (a szkoda, bo Wawrzyn w formie to IMO najlepszy dziennikarz sportowy w Polsce, książka o Widzewie kapitalna, podobnie jak jego dawne reportaże z Przeglądu Sportowego).
O Kołodziejczyku szkoda gadać, właściwie jedyne jego teksty – nawiasem mówiąc, bardzo dobre wywiady – ukazują się… równolegle w Rzepie). W SyFach może jest kilka wyjątków (im plus wygląda Kapusta, jemu chyba jeszcze się chce i może uniknął zblazowania), ale to trochę mało

No i jeszcze agorowe Sport.pl, z clickbaitami jeszcze gorszymi niż WP. Aczkolwiek Wilkowicz czasem napisze coś fajnego (dostarczał super „content” podczas IO w Pjongczang, ale na mundialu chyba jest z tym nieco godzej).

Niestety to wygląda trochę jak w rodzimej polityce – tak jak rządy PiS-u są pod wieloma względami rakowe, to alternatywa w postaci PO wcale nie wydaje się lepsza.

PS. Gdy płodziłem tego posta, puściłem sobie w tle „Misję Mundial” Onetu. Zaiste, komiczny był Ćwiąkała, który zwracał uwagę na to, że nie można pisać wszystkiego co się wie – mając na uwadze to, że swoją przygodę dziennikarską zaczynał w portalu, który właśnie słynął z brukowego stylu. Ale widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

PS2. Tym bardziej szkoda, że nie ma już na tym świecie Pawła Zarzecznego, przeczuwam, że on by coś napisał pod prąd. Aczkolwiek pamiętajmy też, że z tą jego legendarną niezależnością też bywało różnie.

#mundial #mecz #pilkanozna #reprezentacja #stanowski #weszlo #onet #wirtualnapolska #wawrzynowski #sportowefakty #media #dziennikarze #zarzeczny #pawelzarzeczny

Media

Dyrektywa o jednolitym rynku cyfrowym to ratunek dla niezależnego dziennikarstwa

psav zdjęcie główneObecnie treści prasowe są bezprawnie kopiowane i udostępniane na stronach internetowych wielu podmiotów. Wydawcy i dziennikarze nie otrzymują należnych rekompensat, a większość wpływów z reklamy w sieci wędruje do światowych gigantów technologicznych, zwiększających swą atrakcyjność dzięki wykorzystaniu cudzych treści.Wydawcy nie zabiegają o przywileje, ale o równe traktowanie: prawo pokrewne, z którego od lat korzystają producenci filmowi, muzyczni, audiowizualni, producenci gier i programów komputerowych, bazujące na zasadzie: jeśli zarabiasz na cudzej twórczości, to podziel się zyskiem. Właśnie takie rozwiązanie, którego beneficjentami będą zarówno wydawcy, jak i dziennikarze, proponuje Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego.Wbrew rozpowszechnianym ostatnio dezinformacjom, prawo to NIE ZAGRAŻA WOLNOŚCI INTERNAUTÓW:nie ograniczy linkowania (hasło „podatek od linków” to FAŁSZ!)zachowuje wszystkie dotychczasowe wyjątki na rzecz prywatnego użytku, odnoszące się do:cytatów,ilustracji,tworzenia memów,prowadzenia badań naukowych,kopiowania i dzielenia się treściami w kręgu osobistym itp.nie dotyczy platform edukacyjnych, usług w chmurze, platform open source, encyklopedii (np. Wikipedii) itp. Jedynie od największych, zarabiających na udostępnianiu treści, wymaga, by stosowali się do prawa autorskiego.nie nakłada na internet żadnej cenzuryDyrektywa ma naprawić znaczące dysproporcje między wynagrodzeniem twórców a zyskiem komercyjnych platform internetowych, udostępniających różnego rodzaju utwory. Dzięki stosownym licencjom twórcy otrzymają godziwe wynagrodzenie, a internauci nadal będą mogli dzielić się utworami i przesyłać posty bez czyjejkolwiek cenzury i ograniczeń.Rozwiązanie to jest korzystne przede wszystkim dla małych i średnich, także lokalnych wydawców, których nie stać na prowadzenie długotrwałych i kosztownych procesów sądowych w obronie swych praw.Jednolity rynek cyfrowy powinien przynosić korzyści wszystkim twórcom (w tym dziennikarzom) oraz konsumentom (w tym czytelnikom). Nie tylko kilku dominującym na rynku gigantom internetowym.Na wprowadzeniu dyrektywy skorzystają wszyscy, także portale i wyszukiwarki, w których czytelnik znajdzie wartościowe treści.Apelujemy zatem do Parlamentu Europejskiego, do polskich przedstawicieli w Parlamencie, naszego rządu – o wsparcie proponowanych rozwiązań prawnych, zapewniających wreszcie dziennikarzom i wydawcom godziwe traktowanie i powstrzymujących degradację prasy.Wydawcy Prasy

Media

BBC wyemitowało materiał o kontrowersyjnym dziennikarzu z Polski. Ambasada RP zabrała głos

psav zdjęcie główne”Targi książki w Slough w listopadzie 2017 roku (…) otrzymały 1019,39 funtów brytyjskich wsparcia finansowego z funduszu polskiej diaspory ministerstwa spraw zagranicznych Polski (…)” – poinformowano w oświadczeniu. Jak dodano, „środki przyznano po stosownej ocenie i otrzymaniu akceptacji w zgodzie z regulacjami, precyzującymi wykorzystywanie środków budżetowych MSZ dla zadań współpracy z polską diasporą i Polakami poza granicami kraju”.
Podkreślono, że targi książki „otrzymały wsparcie w dobrej wierze jako projekt polskiej społeczności, który miał wspierać czytanie w języku polskim oraz promować polską historię w polskiej diasporze”. Według oświadczenia ambasady wydarzenie to było organizowane przez „konserwatywne, prawicowe kręgi, a nie – jak sugeruje program BBC – radykalne grupy”. „Ambasada nie ma jednak możliwości monitorowania lub odpowiadania na wszystkie stanowiska wygłoszone przez gości zaproszonych przez polską diasporę” – zaznaczono.
O sprawie poinformowano w wyemitowanym w poniedziałek materiale BBC Newsnight pt. „Polska ambasada finansowała radykalnych prawicowych mówców na wydarzeniu w Wielkiej Brytanii”. Jak pokazała BBC, na reklamujących spotkanie ulotkach gospodarza spotkania, narodowej organizacji „Polska Niepodległa” znajdowało się logo polskiej ambasady. Według autorek materiału Nawal Al-Maghafi i Mai Rostowskiej, córki byłego ministra finansów Jacka Vincenta Rostowskiego, zaproszeni na targi w podlondyńskim Slough goście „znani są w Polsce z szerzenia mowy nienawiści”.
Na ulotce organizatora spotkania widniały m.in. nazwiska Rafała Ziemkiewicza, Piotra Goćka, Tadeusza Płużańskiego oraz Witolda Gadowskiego. Oprócz nich wystąpił na nim znany z kontrowersyjnych wypowiedzi o islamie i migracji dziennikarz Marcin Rola.
W materiale BBC cytowane są wypowiedzi Roli, m.in. o tym, że pedofilia w islamie „to chleb powszedni”. Skonfrontowany z niektórymi kontrowersyjnymi opiniami dziennikarz odpowiedział BBC, że są one wyrwane z kontekstu. Przyznał, że „może faktycznie to było troszkę gdzieś mocne”.
Autorki materiału BBC ilustrują go licznymi przykładami polskiego prawicowego radykalizmu, nie wiążąc żadnego z nich, poza omówionym wydarzeniem, z aktywnością polskiej ambasady ani innych państwowych instytucji. Liczbę radykałów jako stosunkowo nieliczną ocenił w BBC ekspert zajmujący się polskimi migrantami w Wielkiej Brytanii Michał Garapich. Stwierdził on w materiale, że w Zjednoczonym Królestwie „jest zdecydowanie więcej polskich Świadków Jehowy czy polskich członków grup anonimowych alkoholików niż tych radykalnie prawicowych nacjonalistów (…)”.>>> Czytaj też: Opóźnione wysłuchanie Polski trwało godzinę. Ministrowie części państw musieli wyjechać

Media

Tak wygląda hipokryzja w…

Tak wygląda hipokryzja w mediach – jedna gazeta, jeden autor.
https://www.nationalreview.com/2018/05/israel-has-right-obligation-defend-border-with-deadly-force/
https://www.nationalreview.com/2018/06/family-separation-immigration-congress-end-it/
#4konserwy #izrael #hipokryzja #swiat #media #ciekawostki #ciekawostkigubego #polityka

Media

Cudem zachował się do dziś…

Cudem zachował się do dziś fragment pierwszej transmisji TV reprezentacji Polski.

Link do znaleziska: Pierwsza transmisja telewizyjna polskiej reprezentacji z 1936 roku

Interesujące? Dziękuję Ci za wykop! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

#pilkanozna #mundial #sport #polska #niemcy #berlin #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #mecze #media #fotohistoria #reprezentacja #berlin #technika #tv #telewizja #mecz #futbol

Media

A potem podniecają się, że…

A potem podniecają się, że wyprzedzają czołowe portale, takie jak natemat.pl.

No trudno się dziwić, skoro tworzenie clickbaitów, to mają ogarnięte do perfekcji.

#pikio #media #facebook #clickbait #socialmedia #rakcontent

Media

W Polsce zmniejszyła się produkcja papieru gazetowego i wzrosły jego ceny

psav zdjęcie główne”Mamy nadzieję, że produkcja papieru w Kwidzynie ruszy 29 czerwca, dzięki czemu podwyżki cen wyhamują” – powiedział Maciej Hoffman.
Z jego szacunków wynika, że awaria w Kwidzynie spowodowała, że na polski rynek trafiło o ok. 20-25 tys. ton papieru mniej, a jego ceny, w zależności od gatunku, wzrosły o od kilku do kilkunastu procent. Co prawda wzrost ten wynika też z podwyżek drewna, środków chemicznych, energii i wyższych kosztów pracy, ale luka, która powstała na rynku z powodu awarii w Kwidzynie, znacząco wpłynęła na ceny.
Popyt na papier nakręcają wielkie sieci handlowe, które co miesiąc drukują miliony gazetek i materiałów reklamowych. „Wydawcy prasy, którym z roku na rok spada sprzedaż i maleją nakłady, mają problemy z zakupem papieru po cenach, na które ich stać” – przyznał Hoffman. Dodał, że wielu z nich szuka tańszych dostawców za granicą, kupuje papier gorszej jakości.
Z danych GUS wynika, że największymi dostawcami papieru i tektury do Polski są Niemcy, Wielka Brytania, Holandia, Belgia, Korea Południowa i Norwegia. Średnio importujemy ok. 3,7-4 tys. ton rocznie, czyli niewiele mniej niż produkujemy. Z danych Stowarzyszenia Papierników Polskich, które opiera swoje statystyki na danych GUS, produkcja papieru i tektury wyniosła w 2016 roku 4 tys. 741 tys. ton, i była o 2,7 proc. większa niż w 2016 roku.
Największym wytwórcą jest International Paper Kwidzyn – międzynarodowy koncern posiadający zakłady produkcyjne na terenie Ameryki Północnej, Europy, Ameryki Łacińskiej, Rosji, Azji i Afryki Północnej. Koncern w latach 90. kupił od Skarbu Państwa akcje dawnych Zakładów Celulozowo-Papierniczych w Kwidzynie. Część produkcji (ok. 30-40 proc.) spółka sprzedaje za granicę.
Polscy wydawcy przyznają, że zakup papieru jest dla nich coraz większym problemem. Nie chcą jednak zdradzać ani źródeł dostaw, ani cen. „Druk naszych gazet na pewno jest i będzie kontynuowany” – powiedziała PAP Joanna Paziów, rzeczniczka grupy Polska Press, pytana o to, czy spółka odczuwa niedobory na rynku papieru.
„Mamy nadzieję, że uruchomienie maszyny w Kwidzynie ograniczy przewidzianą na 1 lipca kolejną podwyżkę cen papieru” – powiedział Hoffman. Obecnie, jak podał, ceny za tonę dochodzą do 600-700 euro za tonę, podczas gdy przed awarią w Kwidzynie było to ok. 450 euro.
„Proces naprawy maszyny produkującej papier gazetowy oraz Iracka (MP3) jest w toku i postępuje zgodnie z planem” – poinformowała PAP Sława Szwajkowska z International Paper Kwidzyn. W liście przysłanym do redakcji zapewniła, że firma „uruchomiła niezbędne zasoby, aby bezpiecznie i skutecznie przywrócić maszynę do pełnej wydajności i jak najszybciej powrócić do standardowej obsługi klientów”.
Szwejkowska przyznała, że 16 marca w godzinach porannych w International Paper Kwidzyn wybuchł pożar, w wyniku którego, dwie maszyny papiernicze zostały uszkodzone. Urządzenie produkujące tekturę ruszyło już 25 marca, ale maszyna wytwarzająca papier gazetowy do tej pory jest remontowana. Śledztwo badające przyczyny pożaru jest w toku.
Firma w opublikowanym po wypadku komunikacie przyznała, że podczas akcji ratunkowo-gaśniczej znaleziono ciało jednego z pracowników. Napisała też, że „prawdopodobną przyczyną zgonu było samobójstwo, jednak oficjalnie nie zostało to jeszcze potwierdzone przez prokuraturę”.

Media

Koniec epoki: niemiecka VIVA znika po 25 latach

Niemiecki portal DWDL poinformował o czymś, czego można było się z jednej strony spodziewać, ale jednak dla pokolenia wychowanego na TV satelitarnej lat .90 jest to pewien cios. Po 25 latach znika niemiecki muzyczny kanał VIVA. VIVA w Niemczech będzie nadawać tylko do 1 stycznia 2019 roku.

Media

Ile zarabia youtuber w Polsce?

psav zdjęcie główneIle zarabiają polscy youtuberzy?Portal APYNews postanowił zbadać portfele youtuberów. W 2017 roku przeprowadził w tym celu badanie na grupie 104 twórców, którzy publikują materiały związane z grami video (47 proc. ankietowanych), tematyką lifestylową (29 proc. ankietowanych) oraz rozrywką (24 proc. ankietowanych). Z udzielonych odpowiedzi wynika, że średnie miesięczne wynagrodzenie youtubera wynosi 9 181 zł. Przeszło połowa influencerów zarabia od 1 tys. do 5 tys. zł., a 29 proc.- od 5 do 10 tys. zł. Wielkość wynagrodzenia jest silnie uzależniona od popularności kanału, mierzonej liczbą subskrypcji. Twórcy, których obserwuje do 250 tysięcy internautów, otrzymują około 3,7-4,5 tys. zł, a ci najchętniej oglądani – od 13 do 27 tys. zł.Ściągawka z RODO. Oto 12 najważniejszych pytań i odpowiedziKto zarabia najwięcej?Pierwsze miejsce na „zarobkowym podium” zajmują youtuberzy zajmujący się szeroko pojętą tematyką lifestylową – przy średniej liczbie 395 tys. subskrypcji zarabiają miesięcznie około 13 166 zł. Kanały rozrywkowe o tej samej liczbie fanów pozwalają zarobić 6500 zł, a gamingowe, tj. dotyczące gier komputerowych – 6 625 zł.Na czym zarabiają youtuberzy?Najwięcej ankietowanych (96 proc.) wykorzystuje jako źródło dochodu reklamy AdSense, które umieszczają na swoich witrynach. 75 proc. czerpie zyski z pośrednio reklamowych treści typu branded content, gdzie dany produkt staje się punktem wyjścia dla stworzenia np. materiału rozrywkowego lub jest w nim lokowany. Do działań tego typu zaliczają się także wszelakie projekty powstające we współpracy z marką – dzięki jej sponsoringowi lub wsparciu promocji czy dystrybucji treści. Branded content ma na celu nieszablonowe ukazanie produktu, usługi lub marki i zaciekawienie nimi odbiorcy – konsumenta. 69 proc. youtuberów zarabia na organizowaniu różnych przedsięwzięć, eventów lub na uczestniczeniu w nich. 45 proc. czerpie korzyści ze streamingu, czyli transmisji video w czasie rzeczywistym (np. gier komputerowych). 30 proc. prowadzi własny sklep internetowy, 4 proc. decyduje się na występy telewizyjne lub crowdfunding, a 2 proc. wyraża zgodę na wykorzystanie swojego wizerunku w tradycyjnych reklamach. 75 proc. miało też okazję współpracować barterowo, a 47 proc. przystało w swojej karierze na współpracę za darmo ze względu na zainteresowanie danym produktem, sympatię wobec marki lub w celach charytatywnych.Wynagrodzenia w centrach usług biznesowych w Polsce 2018 [TABELE DLA NAJWIĘKSZYCH MIAST]Dlaczego zarobki youtubera to temat tabu? Twórcy filmów na YouTube rzadko zdradzają, jakiego rzędu korzyści przynosi im prowadzenie kanałów na serwisie. Sam temat wynagrodzeń youtuberów budzi wiele kontrowersji wśród internautów. W komentarzach pod tzw. treściami sponsorowanymi na YT czy filmami powstającymi we współpracy z daną marką roi się od zarzutów, iż autorzy otrzymują pieniądze „za nic”, a ich praca nie jest pracą z prawdziwego zdarzenia. Zarobki youtuberów bywają też tematem tabu ze względu na specyfikę umów, jakie influencerzy zawierają z zleceniodawcami. Niekiedy zastrzegają one zachowanie poufności, jeśli chodzi o zaproponowane zarobki, gdyż kwestia ta stanowi tajemnicę firmy zlecającej, która chce uniknąć ujawnienia jej np. konkurencji. Polacy zaprzyjaźnieni ze sztuczną inteligencją

Media

Emisja reklam przez połowę czasu antenowego? To nowa propozycja KE

psav zdjęcie główneZaledwie miesiąc temu w polskim Senacie toczyła się dyskusja o skróceniu limitu reklam. Skończyło się na niczym. Ale i tak widzowie nie mogą spać spokojnie. Bo wzmocnienie nadawców jest głównym celem planowanych przez Brukselę zmian w dyrektywie o audiowizualnych usługach medialnych. Unijni urzędnicy chcą dla nich stworzyć – jak sami mówią – „bardziej elastyczny system, biorący pod uwagę współczesne realia rynkowe”.Limit dziennyTen elastyczny system w praktyce sprowadza się do zmiany zasad emisji reklam. Obecne regulacje unijne przewidują, że spoty mogą zajmować najwyżej 20 proc. czasu antenowego. Emanacją tego jest art. 16 ust. 3 ustawy o radiofonii i telewizji (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 1414 ze zm.) mówiący, że reklamy i telesprzedaż mogą trwać nie więcej niż 12 minut w ciągu godziny zegarowej.Po wejściu w życie nowelizacji dyrektywy doba – na potrzeby nadawców – zostanie podzielona na trzy części: od 6 rano do 18, od 18 do północy i od północy do 6 rano. W ramach tej ostatniej kategorii nadawcy będą mogli emitować tyle reklam, ile zechcą. Od 6 do 18 i od 18 do północy nadal będzie obowiązywał 20-proc. limit czasu nadawania. Tyle że inaczej skonstruowany – rozliczany będzie w skali dnia, a nie godziny. Czyli to właściciel stacji telewizyjnej zdecyduje, czy chce emitować więcej spotów o 7 rano czy o 17. Tak samo będzie mógł wybrać, czy chce co godzinę wieczorem puszczać tyle samo reklam, czy może mniej po 18, za to dużo w godzinach największej oglądalności, czyli po godzinie 20.Po co podział dnia na dwie kategorie? Żeby chronić widzów. Pierwsza unijna propozycja przewidywała, że będzie jedna kategoria „dzienna” – od 7 do 23. Szybko jednak zauważono, że w praktyce do południa nadawcy w ogóle nie emitowaliby reklam, by zachowywać dzienny limit na wieczory. Aby tego uniknąć, postanowiono wydzielić osobną kategorię na wieczór.Mówiąc wprost: w niektórych godzinach zegarowych nadawca będzie mógł rozpowszechnić więcej niż 12 minut reklam na godzinę, jeśli w innych godzinach pokaże ich mniej. I jest niemal pewne, że więcej spotów będzie w godzinach podwyższonej oglądalności. Podobnie jak to, że uchwalenie nowych przepisów jest przesądzone i pozostaje wyłącznie kwestią czasu.Za, a nawet przeciwNa początku czerwca Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada UE zawarły porozumienie co do treści nowelizacji dyrektywy o usługach audiowizualnych. W grę wchodzą już jedynie kosmetyczne zmiany. Karol Zgódka, naczelnik wydziału prawa medialnego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, na jednym z posiedzeń Senatu wskazywał, iż rząd jest przygotowany na to, że nowa dyrektywa wejdzie w życie już w drugiej połowie 2018 r.W sprawie reklam niemal wszyscy unijni decydenci mówili w ostatnich tygodniach podobnie. Wskazywali, że są przeciwni bombardowaniu widzów spotami, ale to konieczność. I brak zmian na dłuższą metę byłby ze szkodą dla samych odbiorców telewizji.„Ważne jest, by nadawcy mieli większą elastyczność i mogli decydować, kiedy zamieszczać reklamy, tak by zmaksymalizować popyt wśród reklamodawców i przepływ widzów” – czytamy w uzasadnieniu dołączonym do projektu nowelizacji.Unijni urzędnicy spostrzegają, że wskutek postępu technologicznego coraz więcej osób wybiera nowoczesne usługi audiowizualne, a nie standardową telewizję. Nadawcy zaś muszą mieć pieniądze na zapewnienie widzom atrakcyjnej oferty programowej.Niezależność mediów– Stawianie pytania „czy chcesz więcej czy mniej reklam w telewizji?” jest atrakcyjne, ale ma się nijak do rzeczywistości. Dobrze postawione pytanie powinno brzmieć: „Czy akceptujesz więcej reklam, jeśli dzięki nim będzie ciekawszy program?” – uważa dyrektor programowy jednej z dużych stacji.Kolejny argument to dbałość o niezależność mediów. Podczas spotkań w Brukseli sporo uwagi poświęcano temu, że gorsza pozycja ekonomiczna nadawców to większa pokusa dla ich właścicieli na uzależnianie się od władzy publicznej. A lepiej – przekonywali unijni biurokraci – gdy media są uzależnione od reklamodawców, a nie od rządów.Ta argumentacja jednak części ekspertów nie przekonuje. – Proponowane zmiany bez wątpienia byłyby niekorzystne dla widzów. Nie jestem pewien, czy takie wzmacnianie pozycji ekonomicznej nadawców kosztem odbiorców spowoduje, że nadawcy będą bardziej niezależni od wpływów instytucji publicznych – twierdzi Krzysztof Luft, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2010–2016. I dodaje, że prawdopodobne jest, że więcej reklam w godzinach największej oglądalności może przełożyć się na dalszy odpływ widzów z tradycyjnej telewizji w stronę platform VOD (wideo na żądanie). A co za tym idzie – chęć wzmocnienia pozycji nadawców w praktyce przełoży się na ich osłabienie.>>> Czytaj też: TVN z Discovery włączy się w walkę o Ekstraklasę? Żurkowska-Bytner: Nie przesądzam

Media

Podatek od linków i filtrowanie treści? Polski rząd krytyczny wobec reformy praw autorskich KE

psav zdjęcie główneW najbliższą środę komisja prawna Parlamentu Europejskiego ma głosować nad reformą przepisów o prawie autorskim zaproponowaną jesienią 2016 r. przez Komisję Europejską. Wynik głosowania – jak twierdzą rozmówcy PAP z PE – jest bardzo niepewny – może o nim zdecydować jeden głos. Głosowanie PE nie zakończy jednak ścieżki legislacyjnej, gdyż do przyjęcia przepisów potrzebna będzie jeszcze zgoda wypracowana w negocjacjach z państwami UE.
Zaproponowana jesienią 2016 r. przez Komisję Europejską reforma przepisów o prawie autorskim wywołała gorącą debatę w UE. Jedna ze stron sporu w tej sprawie twierdzi, że stanowisko, które ma być poddane pod głosowanie, zagraża wolności w internecie, druga wskazuje, że kontrowersyjne przepisy są niezbędne, aby twórcy i wydawcy czerpali zyski z tego, że ich materiały są udostępniane, rozpowszechniane i wykorzystywane online.
Kontrowersje wywołują zwłaszcza dwa artykuły tej dyrektywy: art. 11, który dotyczy tzw. praw pokrewnych wydawców (chodzi m.in. o to, czy wydawcom prasy należy się jakieś wynagrodzenie za wykorzystywanie fragmentów ich materiałów w internecie przez tzw. agregatory treści, m.in. Google News) oraz art. 13, który mówi o odpowiedzialności platform internetowych za objętą prawami autorskimi treść.
Proces legislacyjny w tej sprawie rozpoczął się od przygotowania projektu dyrektywy przez KE (tylko ona ma inicjatywę ustawodawczą). Następnie prace nad projektem rozpoczęła Rada UE (państwa członkowskie). Zakończyły się one wypracowaniem tzw. ogólnego podejścia Rady. Równolegle prace nad projektem podjął PE. Środowe głosowanie na komisji prawniczej europarlamentu może, ale nie musi, zakończyć ten etap, sprawa może bowiem trafić na głosowanie plenarne. W następnym kroku KE, PE i Rada UE podejmą starania na rzecz uzgodnienia wspólnego, ostatecznego tekstu dyrektywy w ramach tzw. trilogu. Jego efekt będzie jeszcze musiał zyskać akceptację państw członkowskich UE.
MKiDN, które w rządzie odpowiada za kwestię praw autorskich, wskazuje, że polski rząd przyjął bardzo krytyczne stanowisko wobec propozycji brzmienia art. 11 i 13 przygotowanego przez KE projektu dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym”. „Wbrew informacjom podawanym przez niektóre media polskie stanowisko w tej kwestii od początku jest niezmienne” – podkreśla.
Zwraca jednak uwagę, że brzmienie tych artykułów ewoluowało na poziomie Rady UE. „Stanowisko rządu nie uległo zmianie. Rada UE wypracowała rozwiązanie nazwane +prawem pokrewnym+, ale mające zupełnie inny charakter, zakres i przeznaczenie niż prawo pokrewne zaproponowane pierwotnie przez Komisję Europejską. Rozwiązanie takie mieści się w ramach stanowiska polskiego rządu. Polskie stanowisko zostało przygotowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego we współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji i zatwierdzone przez Radę Ministrów” – podkreśla MKiDN.
Jak wyjaśnia, w przypadku art. 11 pierwotny projekt przewidywał, że prawo pokrewne wydawcy obejmie zarówno całość, jak i każdą część publikacji prasowej. Oznaczałoby to – wskazano – że prawem wydawcy objęte zostaną nawet bardzo krótkie fragmenty artykułów mające charakter czysto informacyjny (np. nagłówki prasowe). W konsekwencji korzystanie z nich wymagałoby zgody wydawcy i zapłaty na jego rzecz wynagrodzenia.
Polska – dodaje – „stanowczo się temu sprzeciwiła i zaproponowała koncepcję domniemania nabycia praw autorskich po stronie wydawców, co pozwoliłoby uszanować zasady dozwolonego użytku, domeny publicznej i braku monopolu twórczego dla treści prasowych, które nie są utworem”.
Wobec tego – zaznacza resort – od początku 2017 r. wokół tego pomysłu Polska zbudowała nieformalną koalicję kilkunastu państw, które utworzyły tzw. mniejszość blokującą wobec art. 11. Jak dodaje, zmiana stanowiska kilku z nich na początku 2018 r. doprowadziła do utraty mniejszości blokującej i prowadzenia dalszych prac wyłącznie w kierunku wprowadzenia prawa pokrewnego wydawców.
„Jednak pomimo tego, w dalszym ciągu zdecydowana większość państw UE sprzeciwiła się przyznawaniu wydawcom ochrony wykraczającej poza ich dotychczasowe uprawnienia wynikające z prawa autorskiego. Dlatego prezydencja zaproponowała objęcie prawem wydawców tylko treści +oryginalnych+, a więc już teraz podlegających ochronie prawem autorskim” – informuje MKiDN.
Zgodnie z propozycją prezydencji – zaznacza – prawo pokrewne wydawców zostałoby fundamentalnie ograniczone w stosunku do projektu przedłożonego przez Komisję, pełniąc de facto rolę podobną, jak w przypadku domniemania, tj. ułatwiając dochodzenie ochrony w przypadku naruszenia ich praw w zakresie, w jakim przysługują im one już obecnie.
„Zamiast legitymowania się uprawnieniami do tysięcy utworów wystarczyłaby mu w tym względzie możliwość legitymowania się własnym, pierwotnie nabytym prawem pokrewnym. Takim rozwiązaniem mógłby się posłużyć każdy wydawca: zarówno polski jak i zagraniczny, zarówno mały jak i duży, bez względu na prezentowaną linię programową. W przypadku małych wydawców ograniczy ono koszty ochrony ich praw w razie ich naruszenia w internecie. Nie ograniczy natomiast sposobów, jakie chcą oni wybrać, chcąc dotrzeć do swoich internetowych odbiorców, a tym samym nie ograniczy dostępności treści prasowych w sieci” – wyjaśnia.
W odniesieniu do art. 13 – podkreśla – Polska, podobnie jak szereg innych państw UE, nie mogła zaakceptować zaproponowanego obowiązku filtrowania treści przez platformy internetowe, niezależnie od ich charakteru. „Dlatego prezydencja zaproponowała ograniczenie tego przepisu tylko do usługodawców, którzy pełnią aktywną rolę przy udostępnianiu (tzw. publicznym komunikowaniu) utworów chronionych prawem autorskim przez użytkowników internetu i czerpią z tego tytułu zyski” – tłumaczy MKiDN.
Według niego usługodawcy ci będą zobowiązani do nabycia stosownych licencji, co zresztą już obecnie potwierdził Trybunał Sprawiedliwości UE. Jednak – dodaje- „zgodnie z projektowaną dyrektywą – i to może być nowością w prawie autorskim – licencje zawarte przez usługodawców miałby obejmować także udostępnianie utworów przez samych internautów, zwalniając ich tym samym z ewentualnej odpowiedzialności za naruszenia”.
Resort podaje, że w przypadku braku licencji usługodawcy byliby zobowiązani do usuwania – na żądanie uprawnionych – treści naruszających prawo lub zapobiegania ich dostępności. Jak dodał, obowiązek zapobiegania dostępności byłby uzależniony od proporcjonalności działań, jakie musiałyby zostać w tym celu podjęte przez konkretnego usługodawcę, w szczególności biorąc pod uwagę takie czynniki, jak skala działalności serwisu, rodzaj i ilość udostępnianych utworów oraz dostępność i koszty niezbędnej technologii.
Zdaniem MKiDN dzięki zastosowaniu kryteriów proporcjonalności, zabezpieczone zostaną interesy małych i średnich przedsiębiorców, przy równoczesnym zachowaniu adekwatności projektowanej regulacji w przypadku zmian technologicznych w przyszłości. Ponadto, przy stosowaniu tej procedury usługodawca byłby zobowiązany do uwzględnienia interesów użytkowników, w szczególności korzystających z utworów w ramach dozwolonego użytku. Będą oni mieć prawo do złożenia skargi na środki zastosowane przez usługodawcę i przywrócenia w ten sposób – jeśli skarga będzie uzasadniona – udostępnianych przez nich treści.
Z kolei „pasywni” pośrednicy internetowi, w tym w zakresie usługi hostingu danych, będą w dalszym ciągu podlegać wyłączeniom od odpowiedzialności (tzw. safe harbor) określonym w dyrektywie o handlu elektronicznym – uzupełnia resort.>>> Czytaj też: GetBack dziurawy jak sito? Służby specjalne badają firmy powiązane z byłym prezesem spółki