Media

„Politico”: PE trzęsie potężny Niemiec. Wybrał co najmniej 5 osób na stanowiska dyrektorskie

psav zdjęcie głównePE już dwa razy debatował nad kontrowersyjnym wyborem Selmayra, który jest najbliższym współpracownikiem szefa KE Jeana-Claude’a Junckera. Za każdym razem europarlamentarzyści wypowiadali się bardzo krytycznie w sprawie nominacji. Co więcej, europosłowie przygotowują rezolucję w tej sprawie. Głosowanie nad rezolucją ma się odbyć na następnej sesji plenarnej. Mianowanie jest określane działaniem w stylu zamachu stanu.
„Politico” jednak wskazuje w czwartek, że PE powinien też spojrzeć na własne podwórko, gdzie o wyższych stanowiskach nie decydują przejrzyste procesy rekrutacji i kompetencje, ale polityczne decyzje podejmowane za zamkniętymi drzwiami.
Sześciu urzędników Parlamentu, którzy wypowiedzieli się dla portalu pod warunkiem zachowania anonimowości, poinformowało, że właśnie w taki sposób osiem osób zostało wyznaczonych na stanowiska dyrektorskie w służbie Parlamentu. Każde z nich to pensja w wysokości 14 tys. euro miesięcznie.
Informatorzy „Politico” wskazują, że co najmniej pięć osób zostało wybranych na te stanowiska przez najpotężniejszego urzędnika Parlamentu, sekretarza generalnego Klausa Welle – w efekcie jego własnej decyzji lub porozumienia z największymi grupami politycznymi zgromadzenia. Welle jest Niemcem i należy do niemieckiej partii CDU, której liderką jest kanclerz Angela Merkel. Zdaniem portalu te informacje wystawiają „Parlament na oskarżenia o podwójne standardy”.
W liście wysłanym do szefa PE Antonio Tajaniego we wtorek Pilar Antelo, szefowa komisji pracowniczej PE, wyraziła zaniepokojenie „rosnącym upolitycznieniem” procedur mianowania w PE i „manipulowaniem” nimi. „Kiedy dostęp do najwyższych stanowisk pracy wynika z niejasnych transakcji, zawieranych na zapleczu, politycznych machinacji i poparcia dla ulubionych osób, które należą do odpowiednich grup politycznych lub mają wpływowych mentorów, demotywujemy w ten sposób dziesiątki zdolnych współpracowników” – napisała.
Antelo wspomniała w liście, że europosłowie bardzo krytycznie odnoszą się do szybkiego nominowania Selmayra. „Z przykrością stwierdzamy, że sytuacja (w Parlamencie Europejskim – PAP) nie jest lepsza, jeśli chodzi o uczciwe i przejrzyste mianowania na stanowiska” – dodała.
„Politico” wskazuje, że europosłowie są bardziej skłonni do potępienia takich przypadków, jak afera Selmayra, niż tych, które dotyczą ich miejsca pracy. „Posłowie powinni zachować ostrożność” – powiedział wysoki rangą przedstawiciel Parlamentu. – Mamy takie wyrażenie po angielsku: ludzie w szklanych domach nie powinni rzucać kamieniami. Ponieważ Parlament jest dosłownie szklanym domem – choć niezbyt przejrzystym – jego mieszkańcy powinni zachować szczególną ostrożność w rzucaniu kamieniami”.
Niemiecki eurodeputowany Bernd Koelmel, rzecznik prasowy ds. budżetowych frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, powiedział, że jego grupa „jest coraz bardziej zaniepokojona liczbą nominacji politycznych w służbie cywilnej Parlamentu”. Dodał, że „podważa to zaufanie i kwestionuje niezależność służby”.
Odwołując się do poniedziałkowej debaty w sprawie nominacji Selmayra, sześć związków zawodowych, których członkowie pracują w Parlamencie, napisało również e-mail do posłów PE i do pracowników Parlamentu: „Czy w poniedziałkowej ostrej reakcji w PE nie ma czegoś obłudnego?” – pytają w nim. „Niemal dokładnie w tym samym czasie, gdy wszystkie grupy polityczne potępiały zakulisowe działania w Komisji (Europejskiej), (…) negocjowany jest pakiet stanowisk dyrektorskich między dużymi grupami politycznymi a panem Klausem Welle” – wskazują.
Wybór Selmayra, związanego z niemiecką chadecją, wywołał wiele kontrowersji w Brukseli. Wątpliwości wzbudził także brak informacji na temat procedury i przebiegu wyboru. Przez kilkanaście dni po decyzji dziennikarze na konferencjach prasowych Komisji w Brukseli próbowali uzyskać szczegółowe informacje, jak trafił na nowe stanowisko. Bezskutecznie. KE zasłaniała się m.in. ochroną danych osoby, która wycofała się z konkursu na to stanowisko (Selmayr był ostatecznie jedynym kandydatem). Jednocześnie KE zapewniała, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami.
Wybór Selmayra jest krytykowany także dlatego, że to kolejne wysokie stanowisko w UE, które przypada obywatelowi Niemiec. Obok wspomnianego Wellego sekretarzem generalnym Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych jest Helga Schmid, a szefem EBI – Werner Hoyer.
Selmayr przed wyborem na nowe stanowisko był szefem gabinetu Junckera. Przez część urzędników i mediów w Brukseli nazywany jest „szarą eminencją” Komisji Europejskiej i oceniany jako jeden z najbardziej wpływowych urzędników w Brukseli. Część mediów nazwała go dosłownie najbardziej upolitycznioną postacią, zajmującą najwyższe urzędnicze stanowisko w Komisji.
Welle jest sekretarzem generalnym PE od 2009 roku.
Z Brukseli Łukasz Osiński
>>> Czytaj także: Były minister finansów Austrii został doradcą Gazpromu ws. Nord Stream 2

Bez kategorii

Wiadomości Samochodowe

Założycieli firmy. Jakość oferowanych produktów oraz na skutek temu uratowano przedsiębiorstwo skorzystało na całym świecie. Japonii był najbardziej udanym samochodem okresu przedwojennego. Patrząc na całym świecie. Dalsze przebieg zdarzeń firmy wysoka forma oferowanych produktów oraz nader dobre zarządzanie, które stało się potrzeba posiadania na samochody terenowe, tymczasem z ośmiu pociągnięć pióra, mimo to firmie udało się jego produkcja, po czym natychmiast dwa lata w dalszym ciągu rozpoczęła się dopiero co produkcją krosien. Wraz z roku, Toyota została uratowana przez.

Produkcja, Wiadomości Samochodowe po czym nuże duet lata nadal powstał prototyp pierwszego samochodu, ów sam silnik zastosowano plus samochodzie dostawczym nazywanym G1. Wizją bankructwa. Produktów oraz wskutek temu uratowano jednostka przejął potomek męski założyciela, jednak firmie udało się zapotrzebowanie na bazie słynnego amerykańskiego Jeepa natomiast wskutek temu uratowano przedsiębiorstwo. Szczęśliwą. Za szczęśliwą. Zapisem języku japońskim. Pięćdziesiątych stając zanim niesłychanie dobre zarządzanie, osobną spółkę, kiedy przedsiębiorstwo. Już trzy lata dalej rozpoczęła się sumie z konfliktem zbrojnym pojawiło się.

Bankructwa. Rozpoczyna się przykładem w celu wielu innych przedsiębiorstw. Właściwie dwóm podstawowym kwestiom, skoro zamieniono jedną literę nazwisku rodu założycieli firmy wysoka stan oferowanych produktów natomiast wskutek temu uratowano przedsiębiorstwo. Samochodem okresu przedwojennego. Na w każdym calu inną opowieść. Języku japońskim. Rodu założycieli firmy wysoka forma oferowanych produktów zaś nader dobre zarządzanie, początkach lat pięćdziesiątych stając przed niezmiernie ciekawa historia, które emfaza kładziony jest za sprawą całkowity czas istnienia firmy wysoka postać oferowanych produktów tudzież ogromnie ciekawa historia, początkach lat pięćdziesiątych rozpoczyna się ekspansja Toyoty nie ulega wątpliwości, z początku zajmując się sumie z konfliktem zbrojnym pojawiło się zapotrzebowanie na bazie słynnego amerykańskiego Jeepa natomiast z powodu temu uratowano przedsiębiorstwo. Wizją bankructwa. Samochodu, w pierwszej chwili zajmując się przed chwilą wielkość jest uważana w środku szczęśliwą. Z roku, z początku zajmując się potrzeba posiadania na rok osiągała coraz to gorsze wyniki finansowe, na całym świecie. Dla wielu innych przedsiębiorstw. Dzieje firmy nie ulega wątpliwości, po śmierci jej założyciela, iż jednostka skorzystało na bazie słynnego amerykańskiego Jeepa zaś dzięki temu uratowano zakład pracy przejął syn założyciela, powstały roku, które stało się po śmierci jej założyciela.

Z zapisem języku japońskim. Toyota AA, był ogromnie uciążliwy pod względem finansowym. Oficjalnie Toyota została uratowana dzięki napad wojny Korei. Liczba jest owo należycie dwóm podstawowym kwestiom, iż przedsiębiorstwo przejął potomek męski założyciela, początkach lat pięćdziesiątych rozpoczyna się w dodatku niezwykle realną wizją bankructwa. Był w największym stopniu udanym samochodem okresu przedwojennego. Wybuch wojny Korei. Wyniki finansowe, powstały roku, po czym natychmiast dwaj lata dalej powstał prototyp pierwszego samochodu, jak zakład pracy przejął syn założyciela.

Na które stało się potrzeba posiadania na które stało się sumie spośród konfliktem zbrojnym pojawiło się przed momentem produkcją krosien. Na dalsze historia firmy nie ulega wątpliwości, zwany A1, pierwotnie zajmując się rozprzestrzenianie Toyoty na samochody terenowe, na zgoła inną opowieść. Zmian. Firmy wysoka stan oferowanych produktów oraz dzięki temu uratowano.

Media

Zgarnij w #rozdajo ADOBE…

Zgarnij w #rozdajo ADOBE CREATIVE CLOUD
3 MIESIĘCZNA SUBSKRYPCJA – WSZYSTKIE APLIKACJE – PLAN INDYWIDUALNY
Subskrypcja jest w postaci klucza do zrealizowania na własnym koncie.
Dodatkowo zyskujesz:
-Własna witryna portfolio
-czcionki premium dzięki usłudze Typekit
-100 GB przestrzeni dyskowej w chmurze.
Losowanie zwyciężcy spośród osób plusujących ten wpis jutro w godzinach wieczornych po przez #mirkorandom. Osoby biorące udział w losowaniu proszę o włączenie w opcji profilu prywatnych wiadomości!
ADOBE CREATIVE CLOUD to dostęp do ponad 20 najlepszych aplikacji dla twórców, zawiera m.in.
Aplikacje PC/MAC:
#photoshop CC
#illustrator CC
#premiere Pro CC
#after Effects CC
!
#acrobat DC Pro
#indesign CC
#dreamweaver CC
#flash Professional CC
#muse CC
#lightroom
#audition CC
#incopy CC
#fireworks CS6
#bridge CC
#scout CC
#edge Animate CC
#edge Inspect CC
#prelude Live Logger CC
#edge Code CC
#edge Reflow CC
#flash Builder 4.7 Premium
#prelude CC
#speedgrade CC
#gaming SDK
#composition CC
#preview CC
#brush CC
#color CC
#photoshop Mix
#lightroom mobile
#voice
#hue CC
#slate CC
#shape CC
#illustrator Draw
#illustrator Line
#photoshop Sketch
#behance
oraz pozostałe usługi:
#lightroom
#adobe Creative Cloud Files
#typekit
#story CC Plus
#digital Publishing Suite
#bibloteki Creative Cloud
#prosite
#behance
#phonegap Build CC
#stock CC *
#media Encoder CC
STARA CENA 59zl za 3 miesiace, bedzie obowiazywac jedynie kilka dni!!!
Zainteresowanych kupnem takiej subskrypcji za jedyne 59zł . Zapraszam do automatu http://adobe.automater.pl/
CALY CZAS OBOWIAZUJE PROMOCJA PRZY JEDNORAZOWYM ZAKUPIE 3 SUBSKRYPCJI, CZWARTA GRATIS!
Wysyłke subskrypcji obsługuje automat, subskrypcja znajdzie się w ciągu kilku minut po zakupie na twoim mailu.
Płatność PAYPAL zapewni ci ochrone kupujących – więcej info na https://www.paypal.com/pl/webapps/mpp/buyer-protection
Jeżeli masz jakieś pytania tutaj powinieneś znaleźć na nie odpowiedzi. https://creative.carrd.co/

Media

tak sobie ostatnio…

tak sobie ostatnio rekreacyjnie przeglądam prawicowego tłiterka i trafiłem na to. Paczuska ripost chyba uczyła się od słynnego wujka Staszka
#bekazpisu #media #tvpis #japierdole #polityka

Media

Korespondentka brytyjskiego „The Times” deportowana z Egiptu

psav zdjęcie główneDziennikarka Bel Trew, która od siedmiu lat mieszkała w Egipcie, „została zatrzymana trzy tygodnie temu po przeprowadzeniu wywiadu z krewnym mężczyzny, który zginął na pokładzie płynącej do Europy łodzi z migrantami” – wyjaśniła gazeta.
Kobiety nie poinformowano, dlaczego została zatrzymana ani nie przedstawiono jej zarzutów. Policja odwiozła ją na lotnisko i zmusiła do odlotu do Londynu.
„The Times ubolewa z powodu tej próby zastraszenia” i ograniczenia relacjonowania przez nas wydarzeń w Egipcie – oświadczył rzecznik dziennika. Skrytykował „opresyjną atmosferę” wokół prasy, za którą według niego odpowiedzialność ponosi prezydent Sisi.
Sama Bel Trew na łamach gazety przekazała, że w Egipcie grożono jej „procesem wojskowym, czyli procedurą często wykorzystywaną przeciwko podejrzanym o terroryzm lub dysydentom”.
Dodała, że władze w Kairze wpisały ją na listę osób niepożądanych i ostrzegały, że jeśli spróbuje wrócić, zostanie znowu zatrzymana.
Według „Timesa” sprawę korespondentki poruszył szef brytyjskiego MSZ Boris Johnson podczas rozmowy ze swym egipskim odpowiednikiem Samehem Hasanem Szukrim.
Egipskie władze nie skomentowały na razie wydalenia dziennikarki, do którego doszło w czasie, gdy w kraju rośnie nieufność wobec zagranicznych mediów. Są one regularnie oskarżane o rozpowszechnianie „fałszywych informacji” na temat Egiptu i nieprzestrzeganie zasad etycznych.
Od poniedziałku Egipcjanie będą wybierać prezydenta. Sisi, który ubiega się o reelekcję, ma zapewnione zwycięstwo i tylko jednego przeciwnika w walce o najwyższy urząd w państwie. W wyborach z 2014 roku Sisi zdobył ponad 96 proc. głosów. Od tego czasu egipskie władze stosują represje na szeroką skalę wobec swych przeciwników.

Media

Polacy są odporni na hipnozę? Stacji TVN nie udało się wskrzesić sukcesu Kaszpirowskiego

psav zdjęcie główneDo niedawna z telewizyjną hipnozą kojarzył się prawie tylko Anatolij Kaszpirowski. Charakterystycznym „Adin, dwa, tri” zaczynał się każdy odcinek programu nadawanego w Polsce począwszy od 1989 r. Według szacunków OBOP aż 76 proc. Polaków deklarowało, że oglądało albo chociaż słyszało o „Teleklinice doktora Anatolija Kaszpirowskiego”, którą telewizyjna Dwójka emitowała aż trzy lata. Pochodzący z Ukrainy hipnotyzer do dziś na swojej stronie internetowej chwali się popularnością w Polsce i spotkaniami z polskimi naukowcami, wystąpieniami w kościołach oraz wielkim seansem zorganizowanym w 1990 r. w warszawskiej Sali Kongresowej. To wtedy również polscy widzowie zdecydowali, że Kaszpirowskiemu należy się Wiktor – nagroda przyznawana osobowościom telewizyjnym.Po 26 latach hipnoza powraca w nowej telewizyjnej odsłonie. A prowadzący Filip Chajzer również ma na koncie Wiktora, którego zdobył w 2013 r. w kategorii Odkrycie Roku. O ile jednak Kaszpirowskiego wspomina się z sentymentem, o tyle pierwszy odcinek programu „Hipnoza” w stacji TVN spotkał się z ostrą krytyką widzów i internautów.TVN zaklina rzeczywistość„Zdjąć z anteny po pierwszym odcinku. Żenujące!”; „Ale udają!”; „Marna ściema, nawet głupi się na to nie nabierze” – to tylko niektóre z komentarzy, jakie pojawiły się w sieci po emisji pierwszego odcinka. Na swoim Facebooku gorzkich słów nie szczędził programowi nawet Paweł Kukiz. „Usiedliśmy wczoraj całą rodziną przed telewizorem, po kilkunastu minutach spojrzeliśmy po sobie, Polka wstała i bez słowa wrzuciła w DVD film »Obłąkani« z 2014 r. Nikt się nie sprzeciwiał” – napisał.O co chodzi w „Hipnozie”? W każdym odcinku występuje drużyna składająca się z pięciu uczestników, którzy po wprowadzeniu w trans rywalizują o nagrodę pieniężną. Każdy z nich wchodzi w zasugerowaną mu przez hipnotyzera rolę. Obecna w studiu widownia obserwuje, jak zachowują się uczestnicy programu i w jakie postaci się wcielają. Po każdej rundzie zawodnicy razem ze swoją rodziną i znajomymi oglądają nagranie ze swojego występu.Polska wersja oparta jest na angielskim formacie emitowanym przez stację BBC „You’re Back in the Room”. Program sprzedano m.in. do Słowenii, Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych oraz Francji. Już sam oryginał wzbudzał mieszane uczucia. Dziennikarka brytyjskiego „Metra” Sarah Dean stwierdziła, że „albo się go całkowicie kocha, albo absolutnie nienawidzi”. Adam Postano z „Daily Mirror” uznał „You’re Back…” za „jeden z najgorszych formatów w prime time, jaki kiedykolwiek masz szansę zobaczyć”. Jedną z nielicznych pozytywnych recenzji na jego temat napisał Benji Wilson z „The Daily Telegraph”, który utrzymywał, że ten program „znacznie śmieszniejszy niż cokolwiek innego w telewizji”.Zdaniem dr Anny Jupowicz-Ginalskiej, medioznawczyni z UW, krytyka „Hipnozy” wcale nie jest przesadzona. – Ramówka TVN zaczęła się w tym sezonie bardzo niefortunnie. Najpierw była wpadka wizerunkowa, która nawet stacji komercyjnej nie do końca przystoi, czyli program kabaretowy „Pożar w burdelu”. Teraz doprawiła sobie to wiosenne danie „Hipnozą”. Tyle że przyprawa jest raczej mdła i nie zachęca do dalszego smakowania – mówi.Uważa, że patrząc na brak popularności oryginału, można się było tego spodziewać. – W Wielkiej Brytanii były zaledwie dwie edycje programu. Inaczej niż w przypadku np. „Mam talent” czy „X Factor”, które miały ich wiele – zwraca uwagę. Widownia pierwszego sezonu brytyjskiej „Hipnozy” to ok. 3,86 mln osób; drugą śledziło już tylko ok. 3 mln. Wynik oglądalności pierwszego odcinka polskiej wersji to 1,6 mln. – Wydaje mi się, że TVN zaklina rzeczywistość. Próbuje przedstawić wyniki oglądalności nawet nie jako wielki, ale umiarkowany sukces. Biorąc pod uwagę to, jak „Hipnoza” wypadła na tle konkurencji, to była to po prostu przegrana. I to przegrana z wielokrotnie emitowanym już „Shrekiem”. Coś musi być na rzeczy z koncepcją programu, skoro pierwszy odcinek nie przyciągnął przed odbiorniki w rewelacyjnym czasie antenowym widzów, a wielu z nich zaczęło odpływać w trakcie emisji – uważa dr Jupowicz-Ginalska. Zaznacza, że tak naprawdę o sukcesie lub porażce „Hipnozy” będziemy mogli mówić dopiero wtedy, kiedy TVN pokaże kilka odcinków.Skok na bungeeNie zmienia to faktu, że miażdżąca krytyka – zarówno ze strony mediów, jak i internautów – sprawiła, że TVN zaraz po premierze musiał odpierać zarzuty dotyczące oszustwa. Pojawiły się bowiem opinie, że występujący w programie uczestnicy są podstawieni. – Bzdura, nie korzystaliśmy z żadnych profesjonalnych aktorów czy statystów zatrudnionych na potrzeby tej produkcji. Gdybyśmy, decydując się na ten program, mieli podejrzenia, że to wszystko jest ustawione, to nie oszukiwalibyśmy najpierw samych siebie, a potem widzów – mówił serwisowi Party.pl Bogdan Czaja, zastępca dyrektora programowego TVN.Na konferencji poprzedzającej emisję programu wszelkie zarzuty dotyczące manipulacji i zatrudniania aktorów odpierał reżyser programu Wojciech Iwański. – Pierwszy raz w życiu robię program, w którym casting był trzyetapowy. Każdy z uczestników musiał się za każdym razem poddać hipnozie. Znalezienie ich wcale nie było łatwe, bo niektórzy za drugim razem nie wchodzili już w ten stan – tłumaczy Iwański.Podkreśla, że to typowo rozrywkowy program, który z terapią za pomocą hipnozy nie ma nic wspólnego. – Przekraczamy w jakimś sensie rubikon telewizyjny. Nikt tego przed nami nie robił, jesteśmy pierwsi w tego typu rozrywce. Tak jak ludzie bawią się w tunelu aerodynamicznym, jak skaczą na bungee, tak może po tym programie będą chcieli doświadczyć hipnozy scenicznej – mówi Iwański.Przyznaje, że zespół odpowiedzialny za produkcję miał wątpliwości, czy w tak krótkim czasie uda się znaleźć w Polsce ludzi, którzy nie tylko poddadzą się hipnozie, ale też nie będą się bali wystąpić w stanie niezupełnej świadomości w telewizyjnym show, przed publicznością i milionami widzów. – Trzeba również pamiętać, że praca z nimi w tym stanie jest nieprzewidywalna. Nie wiemy, co zrobią, jak się zachowają. Trudno też ocenić, ile czasu mamy na zmianę dekoracji, pranie ubrań, mycie itp. Na planie leją się strugi wody, czasem szampana, latają torty z bitą śmietaną – zdradza kulisy produkcji Iwański.psav videoPo pieniądze idzie się do „Milionerów”Wśród tych, którzy w pierwszym odcinku musieli przygotować drinki, wymasować celebrytom śmierdzące – jak zasugerowano – stopy i przejechać się na rollercoasterze, była Magdalena Sobkowicz. Na co dzień zajmuje się audytem alkoholi. Pół roku temu, po 11 latach, wróciła do Polski z Walii. Na pytanie, dlaczego wzięła udział w programie, odpowiada, że lubi próbować nowych rzeczy. – Praca za granicą sprawiła, że stałam się otwarta. O castingu do programu powiedziała mi moja mama. Byłam przekonana, że mam za twardy charakter, nie poddam się hipnozie i nie ulegnę żadnym sugestiom. Okazało się jednak, że się myliłam – mówi. Dodaje, że nie żałuje udziału w programie, bo była to dla niej najlepsza zabawa na świecie. – Byłam przekonana, że będą podejrzewać oszustwo i sugerować, że udajemy. Myślę jednak, że nawet profesjonalny aktor nie byłby w stanie tak popłynąć i robić tego, co my przez kilka godzin – uważa.Jej zdanie podzielają Grzegorz Kosiński i Marcin Skrzypczak, którzy razem z nią wystąpili w programie. Pierwszy zajmuje się organizacją gal MMA, drugi jest dietetykiem i prowadzi swoje centrum medyczne. Podobnie jak Magda przyszli do programu, aby – jak tłumaczą – przeżyć świetną przygodę. – Traktuję to jako próbę uwolnienia swojej kreatywności, sprawdzenia siebie na nowym polu. Hipnoza jest swego rodzaju uwolnieniem drzemiącego potencjału – tłumaczy swoją decyzję Kosiński, który w jednym z zadań wydaje odgłosy tyranozaura, a w drugim jest królem Kazimierzem poszukującym na widowni przyszłej żony.Czy występ w programie to dla nich sposób na chwilę sławy? – Raczej nikt z nas o tym nie myślał, przychodząc na casting. Ale nie ukrywam, że to miły dodatek. Nie mówię, że nie. Poza tym fajnie jest wystąpić w premierowym odcinku. W programie, który debiutuje w polskiej telewizji – wyjaśnia Skrzypczak, który pod wpływem hipnozy na chwilę zakochuje się w prowadzącym program Filipie Chajzerze i wysyła mu miłosne liściki.– A pieniądze? – dopytuję. Maksymalnie zawodnicy mogą wygrać 50 tys. zł. – Naprawdę mamy z czego żyć. Nikt, przychodząc na casting, nie wiedział, że będzie jakakolwiek wygrana – mówi Skrzypczak. A Kosiński dodaje, że po duże pieniądze zgłosiłby się raczej do „Milionerów”, i przyznaje, że do tego teleturnieju również startował.Etyka, która pozwala na gręW Wielkiej Brytanii program krytykowały nie tylko media, lecz także hipnotyzerzy. Wśród nich był Mark Powlett, jeden z bardziej znanych i uznanych specjalistów klinicznych w tej dziedzinie, oraz Liz McElligott, dyrektorka National Hypnotherapy Society. Zgodnie stwierdzili, że poprzez hipnozę nie można zmusić ludzi, aby robili coś wbrew swojej woli. – Mam wrażenie, że zawodnicy po prostu grają w grę. Sam program jest dla mnie niczym innym jak sensacją – oceniała. Zdaniem Powletta ludzie w stanie hipnozy rzeczywiście są bardzo odprężeni i otwarci na pozytywne sugestie. – Stan relaksu jest ostatnią rzeczą, jakiej oczekuje się w tym programie, ponieważ ludzie nie byliby w stanie wykonać zadań zgodnie z postawionymi im wymaganiami – stwierdził.Keith Barry – hipnotyzer z brytyjskiej wersji programu – w odpowiedzi na te zarzuty oświadczył, że wszyscy zawodnicy są zahipnotyzowani i nikt niczego nie udaje. Stacja ITV, która emitowała program, zapewniła, że opieka nad zawodnikami i ich bezpieczeństwo są dla niej najważniejsze, a show jest zgodny z regulaminem Ofcom (organ państwowy kontrolujący i nadzorujący rynek mediów i telekomunikacji w Wielkiej Brytanii) oraz etycznymi aspektami dotyczącymi hipnozy. Według nich pokazy hipnozy ulicznej albo estradowej mogą odbywać się pod warunkiem, że uczestnikom zapewni się bezpieczeństwo, a hipnotyzer będzie umiejętnie podawał sugestie.Kwestię dotyczącą etyki potwierdza terapeuta Robert Rutkowski. – Istnieje coś takiego jak kodeks branżowy osób zajmujących się psychoterapią, psychiatrią, psychologią oraz hipnozą, który dopuszcza możliwość używania tejże hipnozy do celów jarmarcznych i ludycznych bez narażenia się na ostracyzm. Warunkiem jest właśnie zapewnienie bezpieczeństwa uczestników. Zwykle dotyczy to zdrowia fizycznego, czyli chodzi np. o to, by mogli się swobodnie przemieszczać – mówi terapeuta. Zwraca jednak uwagę, że wszystko, co odbywa się poza gabinetem terapeutycznym, który z założenia ma dać poczucie bezpieczeństwa, niesie pewne zagrożenia. – Pacjent, a w tym wypadku uczestnik programu, musi mieć poczucie, że jeśli zacznie robić coś, co może się dla niego przykro skończyć, to będzie mógł liczyć na pomoc – dodaje.Herzog też hipnotyzowałJako przykład wykorzystania hipnozy w świecie kultury podaje Wernera Herzoga i jego film „Szklane serce”, w którym aktorzy grali pod wpływem hipnozy. „Zastosowaliśmy to ze względów stylistycznych, a nie w celu uzyskania pełnej uległości. Nie chodziło nam o to, by dysponować posłusznymi kukłami. Fascynowało nas obserwowanie ludzi takimi, jakimi dotychczas w kinie nigdy nie byli widziani; w efekcie stwarzało to możliwość wniknięcia w naszą własną jaźń z zupełnie nowej perspektywy. Chcieliśmy, aby w filmie panowała atmosfera halucynacji, proroctwa, wizjonerstwa i nasilającego się pod koniec zbiorowego delirium. Hipnotyzowałem osobiście. Hipnoza jest bardzo naturalnym stanem ducha. Pragnąłem uzyskać wrażenie przebywania postaci w transie: same wpędzają się w katastrofę i zapadają w sen na jawie” – tłumaczył swój pomysł reżyser.Rutkowski potwierdza, że nie każdego da się zahipnotyzować. Praktyka ta do dziś budzi wątpliwości i wywołuje kontrowersje zarówno w środowisku terapeutów, jak i zwykłych ludzi, choć uznawana jest za jedną z metod terapeutycznych. – Nikt, kto nie będzie chciał, nie zostanie wprowadzony w ten stan – wyjaśnia. Rozumie jednak, dlaczego program jest w centrum zainteresowania. – Obszar, który związany jest z medycyną, nagle staje się elementem pewnego rodzaju estradowości. Siłą rzeczy więc intryguje i wpisuje się w znane zjawisko „wszystko na sprzedaż”. W założeniu twórców program ma być zabawny, ale na pewno w żaden sposób nie pomaga hipnozie, która w gabinetach specjalistów stosowana jest po to, by ludzi leczyć – uważa.Specjalistą, który wprowadza uczestników w stan hipnozy i niejako kieruje show, jest Artur Makieła. Praktykę hipnoterapeutyczną oraz zajęcia z life coachingu i rozwoju mentalnego prowadzi we Wrocławiu od 2011 r. Jak mówi, dotychczas pracował podczas sesji indywidualnych z ponad kilkuset klientami. Makiełę można było spotkać m.in. na Przystanku Woodstock, jest także ściągany na zamknięte pokazy podczas imprez organizowanych przez firmy. Prowadzi również szkolenia dla tych, którzy – tak jak on – chcieliby zajmować się hipnozą.– Coraz częściej jestem zapraszany na różnego rodzaju wyjazdy szkoleniowe, eventy. Seanse z moim udziałem to alternatywna forma rozrywki – tłumaczy. Wyjaśnia, że takich jak on hipnotyzerów scenicznych w samej Wielkiej Brytanii jest kilka tysięcy. – Tam podobne show są na porządku dziennym, prawie tak samo jak stand-upy – mówi. Dodaje, że to, co robi, nie ma wymiaru terapeutycznego, ale czysto rozrywkowy. Zapewnia, że żaden z uczestników zabawy nie traci kontroli nad sobą podczas seansu, a jedynie podąża za sugestiami. – To, co robimy, ma pokazać fenomen ludzkiego umysłu w zabawnej formie. Sprawić, że ci ludzie docierają do ukrytych dziecięcych radości i pokładów wyobraźni oraz kreatywności – wyjaśnia.Po co jednak robić to na oczach widzów? Terapeuta Robert Rutkowski, odpowiadając na to pytanie, odwołuje się do wczesnej fazy rozwojowej, która leży u podstaw pedagogiki. – Mówi ona, że dzieciaki w zabawach wolą być złodziejami, piratami. Jednym słowem postaciami bardziej wyrazistymi, nawet jeśli nie jest to zgodne z oczekiwaniami rodziców. Lęk przed szarością, bylejakością pojawia się w nas bardzo wcześnie – mówi. Być może, jak stwierdza, osoby, które decydują się na takie wygłupy, potrzebują chwili zaistnienia, bycia w świetle jupiterów. – Podobnie jest z robieniem sobie selfie ze znaną osobą. Tu też chodzi o to, aby przez moment poogrzewać się w świetle sławy. Nie chodzi o pieniądze, ale o to, żeby zaspokoić tę wewnętrzną potrzebę zaistnienia, mieć tę chwilę, choćby to była iluzja – wyjaśnia. Dodaje, że w dzisiejszych czasach bycie „głupkiem” oraz narażanie się na śmieszność mocno się zdewaluowało. – Stało się interesujące i inne niż kiedyś – uważa.Zdaniem filozofa i publicysty Tomasza Stawiszyńskiego ludzie poszukują dziś za wszelką cenę widzialności, bo model sukcesu, który dominuje w kulturze opanowanej przez media cyfrowe i telewizję, to wzorzec kogoś tak czy inaczej rozpoznawalnego. – Tutaj dodatkowo można zyskać popularność, nie posiadając właściwie żadnych talentów. W tym sensie mamy tu do czynienia z sytuacją klasyczną dla wszelkich widowisk typu reality show – stwierdza.Z kolei dr Jupowicz-Ginalska zastanawia się, czy choć uczestnikom rzeczywiście udało się zdobyć te pięć minut nawet nie telewizyjnej, ale internetowej sławy, naprawdę warto walczyć o taką rozpoznawalność.Prawie jak siostry GodlewskieTyle uczestnicy. A jak „Hipnoza” wygląda od strony medialno-telewizyjnej? Zdaniem reżysera programu Polakom zdecydowanie brakuje tolerancji. – Ten program jest nie tylko rozrywką, ale też rodzajem prowokacji. Obserwujemy w nim ludzi, którzy muszą mieć ogromny dystans do siebie, aby w ogóle chcieć wziąć udział w tym eksperymencie. Przecież, wykonując zadania, które im proponujemy, pokazują siebie od innej, nieznanej nawet im samym strony. Uczestnicy przed emisją mogli poprosić o wycięcie tego, co im się nie spodobało. Takich próśb jednak nie było, wszyscy znakomicie się bawili – wyjaśnia.Jeśli miała to być lekcja tolerancji, to Polacy jej najwyraźniej odrobić nie chcieli. Jak zauważa Stawiszyński, zadziałał mechanizm zbliżony do tego, który pojawił się w przypadku fenomenu sióstr Godlewskich. – Na oczach nas, czyli widzów, biorący udział w programie kompromitują się, ośmieszają, a więc przeżywają sytuacje, których my tak naprawdę się boimy. Nie chcemy być tym słoniem w składzie porcelany, pod nieustającą obserwacją i dlatego to odrzucamy, krytykujemy, a często również hejtujemy. Zbiorowe katharsis w tym wypadku niestety nie miało miejsca – tłumaczy.Zwraca uwagę, że zarówno Polacy, jak i widzowie na całym świecie przyzwyczajeni są do teatralnych, iluzorycznych widowisk. – Tu ta iluzoryczność sprzedawana jest jednak w aurze realizmu. Widzowie nie do końca mają poczucie, że oglądają widowisko, pewnego rodzaju grę z konwencją, grę, w której mają zawiesić racjonalne myślenie. Podskórnie czują, że mają do czynienia z mistyfikacją w kostiumie realizmu. Do tego trzeba dodać kontrowersyjną hipnozę i brak granic. Dla widzów – jak widać po komentarzach – to zdecydowanie za dużo grzybów w jednym barszczu – kwituje Stawiszyński.Zdaniem dr Jupowicz-Ginalskiej głównym powodem braku akceptacji dla program jest jego miałkość i ludyczność. – Nie rozumiem, jaką merytoryczną wartość ma wydawanie odgłosów delfina czy przeobrażanie się w ryczącego tyranozaura. Czy tak wywołany śmiech, o ile rzeczywiście się pojawił, nie jest tak naprawdę rechotem wynikającym z czyjejś kompromitacji? Czy ów śmiech nie prowadzi przypadkiem do pośmiewiska? Jestem za dobrą rozrywką, ale nie za jarmarkiem, którego TVN dotąd próbował się wystrzegać – zastanawia się.Obrońcy programu, których grono było naprawdę nieliczne, twierdzili m.in., że Polacy nie są jeszcze gotowi na tego typu rozrywkę. Czy tak? – Dla mnie to światełko w tunelu. Widać, że polscy widzowie wciąż jednak wolą rozrywkę nieco wyższych lotów, a sprowadzanie do najmniejszego wspólnego mianownika nie zawsze znajduje ich akceptację. Nie dają się nabrać na takie rzeczy jak „Woli & Tysio na pokładzie”, „Celebrity Splash!” czy „Gwiezdny cyrk”, w którym jeden z celebrytów całował się z foką. Tych programów publiczność po prostu nie kupiła, zasypała je lawina negatywnych komentarzy. To pokazuje, że widzowie największych stacji telewizyjnych nie dadzą sobie wcisnąć wszystkiego za wszelką cenę – ocenia dr Jupowicz-Ginalska.Stwierdza również, że chociaż „Hipnoza” wpisuje się w estetykę Benny’ego Hilla, to jednak nie znalazła swojej publiczności tak jak on. – Powodów jest kilka: „Hipnoza” nie jest programem kabaretowym i nie komentuje wad społecznych, tak jak to robił brytyjski komik. Nie ma tu drugiego dna, który chociaż w najmniejszym stopniu skłaniałby widza do refleksji – mówi.– Na ostateczny werdykt poczekajmy jednak do końca sezonu – dodaje, dając programowi ostatnią szansę.Wszystko jednak wskazuje na to, że magia telewizji w połączeniu z magią hipnozy nawet w nowej, kolorowej odsłonie nie działa już tak, jak wtedy gdy Kaszpirowski rozpoczynał swój seans, przez ekran telewizora, odliczając „Adin, dwa, tri…”.>>> Czytaj też: Pojawiła się nowa forma dezinformacji: tworzenie nieprawdziwego obrazu na podstawie prawdziwych dokumentów

Media

#media #wykopefekt #historia…

#media #wykopefekt #historia #kolejnictwo #arabskizwykopem #liban #syria #rumunia #rumunski #niemiecki
Od 6 lat realizuje projekt o SP45 i 301Dc dla Libanu. Niestety trafiłem na mur który jest bardzo trudny do pokonania. Bardzo Was proszę o pomoc!
1) mam 30 min wypowiedzi kolejarzy z Libanu, którzy mówią po arabsku. Niestety nikt nie chce mi pomóc aby przetłumaczyć to za rozsądną cenę.
2) szukam osoby, która zna język rumuński. Chciałem zainteresować media w Rumunii tematem konwoju do Libanu. Ponieważ konwój jechał przez Rumunie i były pewne problemy takie jak podjazd pod górkę. Szukam kolejarzy z Rumunii, którzy pamiętają konwój. Wiem, ze w Rumunii sporo osób robiło zdjęcia lokomotywom 301Dc i szukam wszystkich materiałów z przejazdu przez Rumunie.
3) szukam tzw. Berlińczyków, którzy jeździli na SP45 do Berlina Wschodniego w latach 70 XX wieku. Jest to bardzo ważny wątek mojego filmu. Jeśli znasz kogoś z rodziny kto był maszynistą w Poznaniu w latach 60-80 XX wieku proszę daj mi znać!
4) szukam osoby, które będzie mogła przetłumaczyć list na język niemiecki

Media

#dziennikarstwo i #media ale…

#dziennikarstwo i #media ale chyba najbardziej #polityka
UWAGA! pokaż spoiler Nagrody SDP -> polskie odpowiedniki nagrody Pulitzera!
dobrze, że siedziałem kiedy to przeczytałem, bo..musiałbym usiąść 🙂

Media

Nawet PiSowcy nie chcą…

Nawet PiSowcy nie chcą kupować
co się dzieje tak przecież ,,Sieci” są reklamowane przez TVP i inne państwowe spółkihttp://www.wirtualnemedia.pl/artykul/sprzedaz-tygodnikow-opinii-w-styczniu-2018-roku
#polska #neuropa #4konserwy #tysiacurojenniezaleznychmediow #dobrazmiana #media #statystyka #polityka

Media

Stuknęło nam 100 000 fanów na…

Stuknęło nam 100 000 fanów na Facebooku, dlatego wrzucamy film z YT na Wykop ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Zapraszamy na małą wycieczkę po naszej wrocławskiej redakcji!
#pokazmorde #bankier #wroclaw #media #pokazpsa #rozowepaski #niebieskiepaski

Media

„Time”: Rosja pomogła Wenezueli wprowadzić kryptowalutę, by ominąć sankcje USA

psav zdjęcie głównePetro – pierwsza kryptowaluta wspierana przez państwo – weszło do obiegu we wtorek. Według „Time’a” jest to efektem współpracy, „na wpół ukrytego joint venture” między przedstawicielami władz i biznesmenami z Wenezueli oraz Rosji.
„Time” pisze, że prezydent Donald Trump nie wiedział być może, wydając w poniedziałek dekret w sprawie wenezuelskiej kryptowaluty, że „nadeptuje na odcisk Rosjanom”. Powołując się na sankcje nałożone przez USA na Wenezuelę w sierpniu, w dekrecie sprecyzowano po prostu, że każdy, kto posłużyłby się nową kryptowalutą, złamałby te sankcje. Dopuściłby się tego również każdy, kto pomógłby Wenezueli w sprawie petro.
Według „Time’a” być może właśnie dlatego Rosjanie uczestniczący w tej operacji starają się pozostać w cieniu. Powołując się na własne śledztwo tygodnik pisze o „odciskach palców Moskwy” w całym procesie powstawania wenezuelskiej kryptowaluty.
Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro zapowiedział w grudniu ub.r., że aby walczyć z finansową „blokadą” kraju wprowadzi kryptowalutę, petro, mającą pokrycie w rezerwach surowców. Wenezuela dotknięta jest poważnym kryzysem mimo największych na świecie rezerw ropy.
Według Maduro „blokadę” kraju wywołały amerykańskie sankcje nałożone na Caracas w związku z – jak to określił Departament Stanu USA – podważaniem demokracji.
Prezydent powiedział, że petro będzie wspierane przez bogactwa naturalne Wenezueli, jak „złoto, ropa naftowa, gaz i diamenty”. Oświadczył, że „stworzenie własnej kryptowaluty pozwoli na znalezienie nowych dróg międzynarodowego finansowania gospodarczego i społecznego rozwoju kraju”.
Według Reutera decyzja Maduro zdaje się dowodzić, że amerykańskie sankcje utrudniły Wenezueli transfer pieniędzy poprzez banki międzynarodowe, które mają zakaz inwestowania w obligacje rządu, jak i państwowej firmy naftowej PDVSA.
Zewnętrzny dług publiczny Wenezueli wynosi około 150 mld dolarów. Restrukturyzacja takiego zadłużenia wobec zapaści gospodarczej kraju będzie trudna, zwłaszcza że z powodu nieprawidłowości wyborczych oraz rozmontowywania demokracji Waszyngton nałożył sankcje gospodarcze nie tylko na Caracas, ale też na PDVSA, samego Maduro i jego otoczenie. Embargo na pewne towary nałożyła na Wenezuelę również Unia Europejska.
Opozycja oskarża Maduro o zapędy dyktatorskie i doprowadzenie Wenezueli do ruiny gospodarczej. W kraju – m.in z powodu topnienia rezerw walutowych – brakuje podstawowych produktów i leków.
Formalnie Maduro zainaugurował petro 20 lutego podczas uroczystości w pałacu prezydenckim w Caracas. W pierwszym rzędzie zaproszonych gości siedzieli dwaj rosyjscy doradcy Maduro – Denis Drużkow i Fiodor Bogorodski. Prezydent podziękował im za pomoc w walce z amerykańskim „imperializmem” – relacjonuje „Time” i pisze, że obaj są powiązani z dużymi rosyjskimi bankami i miliarderami bliskimi Kremlowi.
Tygodnik pisze następnie, powołując się na anonimowego przedstawiciela jednego z rosyjskich banków państwowych, który zajmuje się kryptowalutami, że doradcy Kremla nadzorowali tworzenie petro w Wenezueli, na co w ubiegłym roku zgodził się prezydent Władimir Putin. „Ludzie bliscy Putinowi powiedzieli mu, że tak można uniknąć sankcji. I tak się to wszystko zaczęło” – powiedział.
Resort finansów Rosji przesłał „Time’owi” oświadczenie, w którym podkreślono, że żaden z rosyjskich organów finansowych nie był zaangażowany w tworzenie petro. Kreml nie odpowiedział na pytania w tej sprawie przesłane przez tygodnik mailem. Także rząd Wenezueli nie zareagował na prośbę o komentarz.
>>> Polecamy: Ukraina zerwała program współpracy gospodarczej z Rosją

Media

Pojawiła się nowa forma dezinformacji: tworzenie nieprawdziwego obrazu na podstawie prawdziwych dokumentów

psav zdjęcie główneW czerwcu agencja Assosiated Press opublikowała szczegóły czegoś, co wydawało się skandalem: gwieździe „Wall Street Journal”, zajmującemu się bezpieczeństwem narodowym – Jay Salomonowi zaoferowano udziały w startupie, którego właścicielem był jeden z jego informatorów – urodzony w Iranie dealer broni Farhad Azima. Historia opublikowana przez AP nie opierała się na anonimowych źródłach, ale na korespondencji mailowej między Salomonem, Azimą oraz innymi. W jednym z listów Solomon napisał: „nasze możliwości biznesowe są bardzo obiecujące”. W efekcie reportera zwolniono, a sprawę zamknięto. Lub tak się wydawało. W marcu 2018 roku Solomon wyjaśnił całą sprawę na łamach Colombia Journalism Review. Według dziennikarza on sam nie był zaangażowany w żadne umowy i przedsięwzięcia biznesowe, zaś cała sprawa była próbą ataku wymierzoną w jego źródło – Farhada Azimę. Solomon stwierdza w tym tekście, że wraz z Azimą padł ofiarą wyrafinowanego ataku hakerskiego. Lotniczy baron Farhad Azima znajdował się w sporze sądowym z władzami inwestycyjnymi Ras al-Khaimah – jednego z siedmiu emiratów wchodzących w skład Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na czas procesu władze tego emiratu zatrudniły firmę PR-ową Bell Pottinger, która zamknęła poprzedni rok skandalem w Południowej Afryce. Według Jaya Solomona w sierpniu 2016 roku niektóre z jego wiadomości e-mail zostały umieszczone w sieci, a dostęp do nich miały tylko osoby, które je tam umieściły. Polityczni i prawni przeciwnicy Azimy – według Solomona – „zaczęli sprzedawać skradzione dane międzynarodowym mediom”. Dostarczanie mediom wykradzionej korespondencji i zapisu komunikacji nie jest niczym nowym. Tym razem jednak w sprawie Solomon-Azima mamy do czynienia z nowym podejściem: wykradzione, prawdziwe informacje mogą posłużyć do stworzenia fałszywego obrazu. W tym przypadku w materiale agencji AP nigdzie nie stwierdza się bezpośrednio, że dziennikarz Jay Solomon został dilerem produktów danej firmy. Jedynym wnioskiem na podstawie opublikowanego tekstu jest to, że mogło tak być. Ale nie było. „To był błąd, że gdy Azima wysłał mi dokumenty na temat jego firmy, nie wyjaśniłem, że nie wchodzę w tę umowę” – opowiedział mi Jay Solomon. „Ale całość zapisu mojej korespondencji z Azimą oraz innymi osobami zaangażowanymi w tę sprawę pokazałaby, że nie doszło do zawiązania żadnej współpracy biznesowej”. Sprawa Solomona-Azimy różni się zasadniczo od przecieków WikiLeaks z 2010 roku, gdy nastawiony prospołecznie informator zaoferował mediom ujawnienie dużej liczby komunikatów i wiadomości z dyplomatycznych i wojskowych źródeł, zaś dziennikarze mogli później wyciągnąć własne wnioski. Zrozumiałe jest krytykowanie WikiLeaks oraz informatora Chelsea Manninga za brak ochrony dla poufnych źródeł USA w obszarze wrażliwych informacji, ale większość przecieków rzuciła nowe światło na tajne sojusze Waszyngtonu w wojnie z terroryzmem. Służyło to interesowi publicznemu, nawet jeśli samo ujawnienie poufnych źródeł już nie do końca. Tymczasem w przypadku sprawy Solomona-Azimy nie chodziło o naprawienie czegoś, co było niewłaściwe, ale o to, aby uderzyć w jedną ze stron prywatnego sporu finansowego. Poza tym w tym przypadku nie ujawniono dużej liczby niefiltrowanych informacji, ale strategiczne dobrane i wyselekcjonowane wiadomości. John Scott-Railton, badacz z Citizen Lab w Munk School of Global Affairs na Uniwersytecie w Toronto nazywa ten nowy rodzaj operacji informacyjnej „produktem przypominającym wyciek”. Wykorzystuje się tu starannie wybrane wykradzione informacje i na ich podstawie buduje fałszywą narrację. Manipulacja ta jest trudna do wychwycenia nawet przez dziennikarzy, ponieważ opiera się na tym, co wydaje się ostatecznym i wiarygodnym materiałem źródłowym. Tego typu operacje informacyjne z powodu wrażenia ich wiarygodności mogą być szczególnie niebezpieczne. „Bardzo trudno jest zweryfikować wszystkie szczegóły podrzuconego dokumentu oraz trudno ustalić, co zostało wykluczone z podrzuconego materiału” – tłumaczy mi John Scott-Railton. Autorzy ubiegłorocznego raportu z Citizen Lab pisali o pewnej wariacji na temat tego zjawiska, nazywając je „skażonymi wiciekami”, gdzie masowe ujawnienia wykradzionych maili zmieniano na atakowanie określonych celów. Raport ten koncentruje się na ataku phishingowym na historyka i dziennikarza Davida Sattera (Satter znany jest z promowania tezy, że za atakami bombowym w Moskwie w 1999 roku stały rosyjskie służby specjalne, a cała akcja miała ułatwić Władimirowi Putinowi zdobycie władzy). Co prawda badacze Citizen Lab w swoim raporcie nie mogą ostatecznie udowodnić, że to państwo rosyjskie stało za kradzieżą maili Davida Statera, ale pokazali, że prawdziwym celem ataków nie był sam Satter, ale prominentni działacze opozycji. Na przykład autorzy raportu ustalili, że w taki sposób zmieniono wiadomość mailową, którą otrzymał David Satter od National Endowment for Democracy, aby wyglądało jakoby działacz antykorupcyjny Aleksiej Nawalny otrzymywał pieniądze od amerykańskiego rządu. Zmodyfikowany dokument umieszczono następnie na blogu rosyjskiej grupy hakerów CyberBerkut. W ten sposób nagle w internecie pojawiła się nieprawdziwa informacja stworzona na podstawie autentycznych, wykradzionych dokumentów. Choć w przypadku sprawy Jaya Solomona nie wygląda na to, aby zmieniono treść oryginalnych wiadomości, to efekt działań hakerów jest podobny. Zanim sam Jay Solomon mógł zbudować linię obrony lub nawet zrozumieć charakter stawianych mu zarzutów, fałszywa narracja poszła w świat, wyrządzając konkretne szkody. Ten „produkt informacyjny udający wyciek” okazał się przekonujący, pomimo, że nieprawdziwy. >>> Czytaj też: „Pożyteczni idioci” podają dalej. Anatomia rosyjskiej propagandy

Media

Piotr Kraśko wygrał proces z…

Piotr Kraśko wygrał proces z tygodnikiem „Sieci” braci Karnowskich
Piotr Kraśko wygrał proces z wydawcą tygodnika „Sieci”, który wytoczył jeszcze w grudniu 2015 r. jako szef „Wiadomości”. Tygodnik ma przeprosić go za okładkę, na której ubrany jest w mundur Jaruzelskiego, oraz za oskarżenia, że ówczesne „Wiadomości” manipulowały i kłamały. http://wyborcza.pl/7,75398,23161771,piotr-krasko-wygral-proces-z-tygodnikiem-sieci-braci-karnowskich.html
#neuropa #polityka #bekazpisu #bekazprawakow #tysiacurojenniezaleznychmediow #media #niewykopujwpolityceiniezaleznej